RSS

Przedszkole Kubusia Puchatka Warszawa

Wyświetlono posty wyszukane dla zapytania: Przedszkole Kubusia Puchatka Warszawa






Temat: dyskusja na temat przedszkola Puchatek
Ładne rzeczy! I pomyśleć, że moja 3letnia córka miała iść do Kubusia Puchatka. Niestety, a może na szczęście mąż odmówił przedzierania się przez zakorkowaną Warszawę każdego ranka i po południu. Nawet byłam o to na niego zła. Mała poszła do dietowego publicznego - jadłospis fatalny, ale mogę coś donosić.

Teraz sobie przypominam, ze jak szukałyśmy przedszkola, to w waldorfowskim pani wspominała o dziewczynce, która była w KUbusiu i przeniosła sie do nich, bo coś się tam nie podobało rodzicom. Nie powiedziała jednak co.





Temat: Dzis w TVN !!!
No nareszcie Zobaczymy,co dalej Jutro trzymam kciuki za Was. A swoją drogą,tak jak już Ci mówiłam,nie wieżę,żeby zatrudnili pielęgniarkę.Trzeba im konkretnie wyznaczyć termin inaczej wywiną się,jak to zwykle bywa...

Dorzucę ten artykuł w całości:

Trzyipółletni Dawid ze Świdwina nie znalazł miejsca w przedszkolu, bo choruje na cukrzycę. Nauczycielki boją się odpowiedzialności, urzędnicy uciekają przed problemem. - Moje dziecko wyrzucono na margines - mówi matka

Dawid zachorował, gdy miał siedem miesięcy. Lekarze stwierdzili cukrzycę typu 1., tzw. insulinozależną. Oznacza to, że jego trzustka nie produkuje insuliny. Aby przeżyć, musi przez całą dobę dostarczać ją do organizmu z zewnątrz. Robi to za pomocą pompy insulinowej (wygląda jak komórka), którą cały czas nosi przy sobie.

- Na razie nie wstydzi się swojej choroby. Myśli, że wszyscy mają pompy - mówi Wioletta Orzechowska, mama Dawida.

W tym roku rodzice chłopca uznali, że nadszedł czas posłać go do przedszkola.

- Potrzebuje kontaktu z rówieśnikami - mówi mama Dawida. - Psycholog powiedział nam, że szkoda, by siedział w domu.

Państwo Orzechowscy złożyli podania do dwóch świdwińskich przedszkoli. Z obu zostali odesłani z kwitkiem. Oficjalny powód: brak miejsc (choć oboje pracują). Nieoficjalny: cukrzyca.

Szukając wyjścia z sytuacji zaproponowali, że nauczą chętną nauczycielkę obsługiwać pompę. Do jej zadań należałoby zmierzenie poziomu cukru (za pomocą glukometru) i podanie odpowiedniej dawki insuliny (w zależności od posiłku).

- Prowadzimy zeszyt, w którym zapisane są wszystkie dawki insuliny. Jedzenie w przedszkolach jest ważone, więc nie widzę problemu z liczeniem - mówi pani Wioletta. - Ja zawsze jestem pod telefonem. Wystarczyłoby nawet, by nauczycielka zbadała cukier, a ja podałabym jej dawkę. Musiałaby tylko zaprogramować dawkę i uruchomić pompę.

Wszystkie nauczycielki odmówiły.

- To branie na siebie dodatkowej pracy. Jesteśmy już mamami i tatami. Mamy być jeszcze pielęgniarkami? - odpowiada Jolanta Helwig, dyrektorka przedszkola im. Kubusia Puchatka przy ul. Drawskiej. - Proszę nas zrozumieć. Żadna nauczycielka nie weźmie na siebie odpowiedzialności za zdrowie tego chłopca. Mamy dużo dzieci w grupach i nie możemy otoczyć szczególną uwagą jednego dziecka. Poza tym to problem ogólnopolski. Dlaczego mamy rozwiązywać go w małym miasteczku?

- Dla mnie to dyskryminacja. Dawidek powinien chodzić do przedszkola. Potrzebna jest tylko dobra wola - mówi Ewa Pańkowska z Poradni Diabetologicznej w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Warszawie, która leczy Dawida. - Istnieje ryzyko, że Dawidek może stracić przytomność, ale w takiej sytuacji nauczycielka wzywa pogotowie. Tak samo, gdy dziecko rozbije sobie głowę. Nauczycielki musiałyby zwracać na niego większą uwagę. Niektórzy rodzice rozwiązują to w ten sposób, że podpisują z nimi umowę o zakresie ich odpowiedzialności.

Zdesperowani rodzice o pomoc zwrócili się do burmistrza i radnych. Wysłali kilka pism. We wtorek pani Wioletta spotkała się z przewodniczącym rady miasta Romanem Artyńskim i Bogdanem Wachowiakiem - kierownikiem wydziału oświaty.

- Usłyszałam, że nie ma żadnych przepisów nakazujących przyjęcie syna. Mówili, że obowiązek wychowania należy do rodziców. Wróciłam do domu i popłakałam się - mówi pani Wioletta. - Czujemy się, jakby nasze dziecko wyrzucono na margines.

W marcu 2009 r. MEN przesłało do wszystkich placówek pismo, w którym wyjaśnia, że dzieci chore na padaczkę, cukrzycę, hemofilię i astmę mają takie samo prawo do kształcenia jak dzieci zdrowe. Aby dziecko przewlekle chore mogło chodzić do przedszkola, wystarczy, że rodzice uzyskają zgodę od lekarza rodzinnego. Taką zgodę państwo Orzechowscy mają.

- Nie mogę zmusić nauczycielek, by podawały insulinę - broni się burmistrz Jan Owsiak. Ale deklaruje: - Mogę zapewnić, że do września problem zostanie rozwiązany. Myślimy o zatrudnieniu w przedszkolu pielęgniarki.

Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin





Temat: Uwaga na te przedszkola
Listę otwieram Niepublicznym przedszkolem wegetariańskim Kubusia Puchatka w Warszawie.

Plusy:

Jest to jedno z dwóch typowo wege w Warszawie i bywa, że rodzice nie mający alternatywy żywieniowej (a mogący pozowlić sobie na wysokie czesne) tam właśnie kierują swoją pociechę.

Jeśli chodzi o żywienie to przedszkole rzeczywiście spełnia dość wysokie wymagania. Owoce i warzywa pochodzą w większości z upraw ekologicznych, w kuchni używa się produktow mącznych z pełnego przemiału, majonez jest własnej roboty a suszone owoce z eko-sklepów. Dzieci nie dostają słodyczy a na podwieczorek są kanapki z razowego chleba lub ciepły posiłek. Większość gotowanych potraw jest przyrządzanych wg Pięciu Przemian (informacje te są pewne, ponieważ przez 2 tygodnie pracowałam tam w kuchni i przy dzieciach). Tak więc jedzenie jest naprawdę super.

Oprócz tego dzieci realizują bardzo szeroki program, są dobrze przygotowane do szkoły. To wszystko plus kwestie doajzdowe spowodowało, że posłałam swoją córkę właśnie do tego przedszkola.

Minusy:

Wielkie wątpliwości natomiast budzi osoba właścicielki przedszkola, osoby, która prowadzi placówkę i zajmuje się wszystkim - począwszy od ustalania menu, programu wychowawczego aż po sam proces wychowawczy i pracę nad rodzicami (tak, tak, jeśli prowadząca "nie czuje" rodziców na samym początku to dziecko nie jest przyjmowane do przedszkola). Oczywiście w każdym przypadku istotne jest by nie było znaczących różnic między stylem wychowania dziecka w domu i w przedszkolu, ale tutaj granica autonomii rodziców jest przekraczana o wiele za bardzo. To po pierwsze.

Druga sprawa, to sam stosunek prowadzącej do dzieci i styl wychowywania. Prowadząca jest dumna z tego, że dzieci wychodzące z jej przedszkola mają kindersztubę. Jak to się wydarza?

1. Zdarza się, że są stawiane w sytaucjach ośmieszających je, "żeby się czegoś z tej sytuacji nauczyły" (prowadząca ośmiesza je publicznie grupie przed innymi dziećmi).

2. Niejadki i dzieci nie jedzące wszystkiego są dopychane jedzeniem przez prowadzącą i inne panie, a przy trudnych "przypadkach" metody bywają jeszcze gorsze: kiedy dziecko nie chce jeść, wypluwa jedzenie czy ma odruchy wymiotne, zdarza się że wyprowadza się je do łazienki i tam karmi do końca, przytrzymując usta żeby nie zwróciło. Dziecko niestosownie zachowujące się lub rozpraszające grupę przy posiłku za karę je samotnie w kuchni lub w łazience. Znam przypadek chłopca, który był niejadkiem i został poddany takim metodom. W tej chwili nie chodzi już do tego przedszkola (jak wiele innych dzieci zabranych przedwcześnie) i jego wstręt do jedzenia się poglębił - pracuje z nim psycholog. W tym przedszkolu dziecko ma lubić wszystko, co podaje się na stół. Jeśli nie lubi - to polubi.

3. Sprawa bezpieczeństwa:
Dzieci mają NATYCHMIAST wykonywać polecenia. Moja córka kiedy nie usłyszała na placu zabaw jak prowadząca woła grupę szykując się do wyjścia z parku (park miejski w środku miasta, nie ogrodzony plac zabaw) i dalej się bawiła - została DYDAKTYCZNIE, celowo pozostawiona na placu zabaw. Miała wtedy 4 latka. Ujrzała swoją grupę 100 m dalej wychodzącą już z parku. Z płaczem dogoniła ich i dostała od cioci surową reprymendę, że trzeba być przytomnym. Trauma towarzysząca temu zajściu towarzyszyła jej jeszcze przez jakiś czas (np. z przerażeniem rozglądała się kiedy była ze mną na placu zabaw, czy gdzieś nie poszłam, nie zostawiłam jej...)

Kiedy dzieci miały pojechać na wycieczkę autokarową, prośby i sugestie rodziców o zbadanie stanu technicznego autokaru i trzeźwości kierowcy tuż przed wycieczką były komentowane w nieprzyjemny sposób i traktowane jako osobisty przytyk przez prowadzącą, że rodzice nie mają do niej zaufania.

4. Stosunek do rodziców.
Ogólna zasada, jaką zdaje się wyznawać prowadząca w stosunku do rodziców to: "nie wiecie jak wychowywać dzieci" i chociaż nigdy nie powiedziała tego nikomu w twarz, to jej postawa często na to wskazywała. Rodzice są głupi i dlatego ona musi przejąć "pałeczkę". Pouczanie zaczynało się od kwestii wychowawczych ( do czego ma prawo, ale istnieją pewne granice) poprzez żywieniowe aż po kwestie zdrowotne i osobiste.
Pani prowadząca zawsze ma rację, zasłania się 20 letnim stażem i doświadczeniem wychowawczym a także wiedzą, jaką stale przyswaja (medycyna chińska).
Rodzice, którzy nie dawali sobą manipulować lub mieli inne zdanie w podejmowanej sprawie byli na cenzurowanym - zdarzyło się, że prowadząca zarządała na piśmie aby w sprawie dziecka kontaktowała się z nią np. tylko matka dziecka a ojciec już nie (bo się z nim nie zgadza).

Na porządku dziennym było obgadywanie innych rodziców w rozmowach indywidualnych z jakimś rodzicem lub w rozmowach, jakie odbywały między sobą panie przedszkolanki. Działo się to często w towarzystwie dzieci, które przecież i tak "nie rozumieją o co chodzi".

Możnaby pisać jeszcze wiele o rzeczach jakie miały miejsce w Puchatku (chociażby o dodawaniu wzmacniających ziół chińskich do zup dla dzieci, jakie odbywało się bez wiedzy rodziców i konsultacji z jakimkolwiek lekarzem). Zajęłoby to jednak sporo czasu.

Reasumując oprócz kilku niewątpliwych plusów, jakie ma to przedszkole, zdecydowanie odradzam posyłanie dzieci pod skrzydła tej pani. Moją córkę zabrałam stamtąd po prawie 3 latach od razu, kiedy dowiedziałam się jak została zostawiona w parku. Wileu rodziców uczyniło to samo, kiedy zorientowali się co tam się zdarza. Ciekawe, że dzieci te często "odżywają" psychicznie i emocjonalnie...

Żałuję, że dostrzegłam to wszystko tak późno. Po zabraniu dziecka chciałam jak najszybciej zapomnieć o tym przedszkolu, więc nie komentowałam tego wszystkiego publicznie. Z tego co mi wiadomo jednak, od tamtego czasu w Puchatku nic się nie zmieniło na lepsze, a prowadząca nadal stosuje swój kontrowersyjny styl.
Uznałam w końcu, że moim obowiązkiem jest przestrzec innych przed tym miejscem.